Wynika z tego dla nas lekcja, że budzenie potężnych demonów jest pracą w środowisku rażąco łamiącym zasady bezpieczeństwa i higieny pracy!

Podejrzewam, że Maharadża Judhistira sam obudziłby go, po czym zaraz by go zabił, bo w jakim innym celu niż zabicie go, miałby budzić potężnego asurę, a jeszcze gorzej, wysyłać innych, aby go obudzili?
Należy też pamiętać, że było to częścią
lila Pan Ramacandry, który pojawił się w celu zabicia Rawany i Kumbhakarny, którymi w rzeczywistości byli Dżają i Widżają. Poprzez ich zabicie, Pan uwolnił ich od ciążącego na nich przekleństwa braminów, jednocześnie uwalniając pobożne osoby od tyranii asurów. Jest jasnym, że Rawana i Kumbhakarna musieli sobie wpierw zasłużyć na śmierć z ręki Pana, robiąc problemy w całym wszechświecie, a nie jedynie w miejscowym pubie. Jestem pewien, że wszelkie cierpienia poniesione z ręki tych asurów, zostały sowicie wynagrodzone przez Pana, być może nawet wyzwoleniem.
Nic nie dzieje się przypadkowo, a tym bardziej, kiedy jest częścią
lila Pana. Z tego względu, wszystkie wydarzające się tam tzw. dobre i złe rzeczy nie mogą być poprawnie ocenione z ograniczonej perspektywy materialnej moralności, bo
lila Pana jest transcendentalne. Aczkolwiek mogą istnieć zewnętrze podobieństwa, to jednak konsekwencje tamtych wydarzeń i czynów ostatecznie są transcendentalne do trzech gun. Niesławna "specjalistka" od "hinduizmu", której imienia tu nie wspomnimy (
siostra Michaela Pawlik), często wykorzystuje podobny argument, starając się przedstawić Krysznę, jako niemoralnego, nie wiedząc przy tym nic o wiecznym związku duszy z Bogiem, i o nauce o transcendentalnej
rasie, które to fakty zostają wypaczone i zdegradowane, kiedy obserwowane są przez pryzmat materialistycznej deontologii.
Można by po prostu zapytać tego Hindusa, za co szanuje on Rawanę i dlaczego uważa go za "dobrego gościa". Z pewnością, w jego mniemaniu, Rawana musiał zrobić też coś bardzo pozytywnego, zgodnie z jego hierarchią wartości. Kto wie, być może szanuje go nawet za to, że był główną postacią w
lila Pana, i za to, że jego zabicie sprawiło przyjemność Panu, Jego wielbicielom i większości populacji wszechświata. Jednak najprawdopodobniej chodzi tu o bogactwo i cieszenie się przyjemnościami zmysłowymi, w czym asury są niedoścignionymi ekspertami.
Na koniec chciałbym dodać, że Bogu ducha winnymi "ludźmi pracy", którym w tym wątku wspólnie współczujemy, i którzy rzekomo zostali poszkodowani przy budzeniu Kumbhakarny byli Rakszasowie - typ potężnych demonicznych istot żywiących się ludźmi. Mówię "rzekomo poszkodowani", bo w posiadanej przeze mnie wersji Ramajany, ich śmierć nie jest w ogóle wspomniana, a jedynie to, że budzący się Kumbhakarna odtrącił Rakszasów na boki, co biorąc pod uwagę subtelność metody budzenia go, jest rzeczą raczej naturalną. Po obudzeniu Kumbhakarny, Rakszasowie poinformowali go o przyczynie przebudzenia go, a więc przynajmniej niektórzy z nich byli przytomni, i następnie śpiewali mu chórem pieśni pochwalne.
Proces budzenia Kumbhakarny opierał się na dostarczeniu mu góry zabitych zwierząt i wiader z krwią i alkoholem, oraz upiorne, nieziemskie krzyki wraz z ciągnięciem Kumbhakarny za włosy, gryzienie jego uszu, mocne okładanie jego ciała wyrwanymi z korzeniami olbrzymimi drzewami, wylewanie hektolitrów wody na jego twarz oraz szalone bieganie po jego ciele wraz ze stadem rozjuszonych słoni (tak, facet był duży, może nawet wielkości paru powiatów - wiadomo, Treta-juga i tamtejsze demony). Biorąc to wszystko pod uwagę, byłbym bardzo zasmucony, gdyby ci "niewinni ludzie pracy" nie ponieśli śmierci lub przynajmniej trwałego, i szpetnego przy tym kalectwa, podczas wykonywania swojej pracy zarobkowej, i to bez ochrony związków zawodowych.
"Och, biedne rodziny zabitych, lub kulejących rakszasów! I kto teraz dostarczy na ich stoły pożywnego posiłku, w formie dziesiątków zmasakrowanych ciał istot ludzkich!"
*słychać głośny płacz i zawodzenie, podczas gdy rząd i społeczność Rakszasów wysyła im paczki żywnościowe z członkami naszych rodzin* Koniec aktu III: "Jest dobrze, ale nie najgorzej jest. Wszyscy polecimy w górę do nieba."