|
W świecie materialnym cały czas dązymy do tego, aby coś zyskać, aby coś posiadać, a łańcuch pożądania wydłuża się i coraz bardziej zaciska na naszych nadgarstkach, owija się wokół nas, aż w końcu nie pozwala nam zaczerpnąć powietrza, czystego powietrza, choć sami zaciskamy go jeszcze bardziej. Będąc niewolnikiem swego pożądnia, im bardziej skępowani, tym bardziej czujemy się wolni. Czujemy się panami/paniami swojego przeznaczenia, choć tak naprawdę nimi nie jesteśmy. "Bierzemy swoje sprawy w swoje ręce" i wydaje nam się, że zmieniliśmy wszystko, że jesteśmy na najlepszej drodze do osiągnięcia celu, jaki sobie wymierzyliśmy (my..? aby na pewno?), że jesteśmy inni, może lepsi, może mądrzejsi, a już na pewno bardziej doświadczeni. Choć tak naprawdę nasz wkład w te ogromne przedsięwzięcie jest minimalny.
Ile razy próbujemy być Bogiem? Ile raz -my- mamy takie wyobrażenie o sobie? (my, bo przecież nie inni...) W zeszłym roku? Trzy miesiące temu? Wiosną, latem, zimną czy jesienią? A może w zeszłym miesiącu?...Może przed godziną..? ...Teraz....?
Czasem drobnostki potrafią przeobrazić się w swoisty egozim. Te najmniejsze, te niedostrzegalne, te prowizorycznie banalne...
I po co to wszystko?
Po co kajdany?
Jakimiż głupcami jesteśmy, że sami je zakładamy? Jakimiż głupcami jesteśmy, że znaleźliśmy się tutaj...drepcząc po wysypisku śmieci, dorzucając kolejne.
Mamy szansę.
Drzwi są otwarte.
(Chyba powinnam była pisać w pierwszej osobie)
_________________ - Mamo! Ale ja nie lubię dziadziusia! - To odłóż na bok i zjedz same ziemniaczki...
|