albert napisał(a):
Jedną z rzeczy, która zawsze mnie zadziwia u impersonalistów, w tym u buddystów, to nacisk jaki kładą na indywidualność i poczucie siebie, własnej wartości, "ja tak czuję". Jest to o tyle zadziwiające, że jednocześnie, jednym tchem, mówią o jedności, egoizmie, pustce, niewypowiedzianym i nie wyobrażonym. Ta niespójność jest tak głęboko wryta w śunjawadę, że rozmowa z buddystą to często orka na ugorze, choć skądinąd potrafią to być sympatyczne i życzliwe osoby.

To jest rzeczywiście acintya, w której wyraźny rozdźwięk pomiędzy zachowaniem a głoszonymi poglądami nie spędza nikomu snu z powiek, ani nie kala nikogo niepotrzebną samokrytyczną myślą. Inną zadziwiającą rzeczą jest to, że dążąc do szczęścia poprzez próbę ukatrupienia wszelkich objawów ego, włącznie z tym duchowym, nie powstaje w ich umysłach raczej interesujące pytanie, w jaki sposób można cieszyć się takim ostatecznym szczęściem skoro nie ma indywidualnej wiecznej jaźni, która by tego szczęścia doświadczała?
Mayavadi chcą zabić własną indywidualność twierdząc, że są bezosobowym Brahmanem, a buddyści za pomocą nirodha, dążą do śunyaty poprzez wygaszenie pragnienia egzystencji. Kto więc do diaska będzie cieszył się tym szczęściem, skoro nikogo tam nie będzie?!

Czy nie prościej i szybciej byłoby palnąć sobie w łeb, niż nadal kontynuować tą iluzoryczną, pozbawioną jakiejkolwiek substancji egzystencję? Pewno i prościej, ale fałszywe EGO na to nie pozwala, i nadal pragnie odbierać przyjemność z życia opartego na nawet tak absurdalnej myśli, że doświadczy się wiecznego szczęścia, kiedy przestanie się wreszcie istnieć, jako odczuwająca to szczęście jednostka.
Dobry mayavadi lub śynyavadi to impersonalista... nie, nie martwy, ale taki sympatycznie i życzliwie milczący, mruk i samotnik.

Takich lubię i cenię, gdyż są konsekwentni i żyją zgodnie ze swymi przekonaniami, krzywdząc przy tym tylko samych siebie, a nie innych. Wszyscy inni to niestety hipokryci, bo skoro wszystko jest iluzją, to także ich słowa i całe doświadczenie życiowe wraz poglądami, do których tak bardzo starają się przekonać innych, a które przecież zgodnie z ich twierdzeniami, też nie powinny posiadać żadnej praktycznej wartości.
A potem czyta się takie "samozrealizowane" porady, jak to miało miejsce w przypadku pewnego "mistrza" Zen, który "oświecił", a raczej "zaciemnił" parę swoich zachodnich studentów, która spodziewała się dziecka. Na ich moralny dylemat, co mają zrobić w sytuacji, kiedy dziecko pojawia się w nie najlepszym dla nich życiowym momencie, powiedział, że nie ma różnicy czy zabiją dziecko, czy też nie (nie przyniesie im to złej karmy), pod warunkiem, że zrobią to z "klarownym umysłem".
Aż chciałoby mu się skopać ****, ale o klarowny umysł trudno, słuchając takich pierdół. Z takimi wielce zrelatywizowanymi i zdehumanizowanymi pseudo duchowymi poglądami, a opartymi na preferencjach własnego uwarunkowanego ego, droga od aborcji w "klarownym stanie umysłu", do mordowania ludzi w komorach gazowych, oczywiście też w obowiązkowym "klarownym stanie umysłu", niedaleka i bardzo prosta. W końcu szaleniec to nie człowiek, który stracił zdolność rozumowania, ale człowiek, który jest pozbawiony wszystkiego innego, oprócz zdolności do czynienia chłodnych, logicznych kalkulacji.
Pragnę zakończyć mój prywatny słowotok w bardzo niesmaczny sposób, cytując słowa, niezbyt lubianego przez naszych milusińskich, socjopatycznego "miszcza" Zen:
"
A co z dzieckiem?
W moim zrozumieniu, jednostka jest zjawiskiem życia w ten sam sposób, jak fala jest zjawiskiem oceanu. Kiedy fala zaczyna się, nic nie jest dodane do oceanu; kiedy się kończy, nic nie jest zabierane."
Moja propozycja jest taka, abyś sam wskoczył do oceanu draniu, skoro jesteś falą. To najlepsze miejsce dla wszystkich osłów pozujących na samozrealizowych mistrzów. Przecież twoja nagła absencja, ani nic nie doda, ani też nic nikomu nie ujmie, wuju.
Argumentum ad hominem? I to jeszcze jak, bejbi!!!
