|
Ponad 20 lat temu, na sankirtanie w Gdańsku, jeden pan w zagranicznym samochodzie, na stacji benzynowej, popatrzył na mnie i na książki Śrila Prabhupada z wielką pogardą i powiedział, abym "wziął się wreszcie za jakąś robotę". Pamiętam, że bardzo mnie to zabolało, bo pracowałem bardzo ciężko, cały dzień sprzedając te książki, niezależnie od pogody, i od nastrojów napotkanych ludzi, a także własnego, a ze sprzedaży, nic dla siebie nie brałem.
Teraz, podobnie pojmowany "kult pracy" objawia się i w pewnych kręgach bhaktów. Na pewnym forum czytałem nawet krytycyzm sanjasinów, za to, że tylko gadają na wykładach, zamiast "podkasać rękawy i wziąć się do pracy, przy pieleniu grządek". Widocznie, jeżeli nie pracuje się na etacie od 8 do 16, czego namacalnym rezultatem jest miesięczna pensja, to automatycznie jest się nieodpowiedzialną za własne życie gnidą i społecznych pasożytem, niezależnie od tego, ile taki bhakta poświęca czasu na sadhanę i nauczanie, jaka jest jego mentalność i nawyki, a co najważniejsze, w jakim stopniu zadowala swojego guru.
Są różne rodzaje pracy, w zależności od warny, oraz różny stosunek do jej owoców. Niestety, często nam to umyka, bo jest to zbyt subtelne, i daleko wybiega poza nasze pole widzenia, i uznawane przez nas wartości. Pozostają "wienc" nam nasze "rence" i "sponcone" czoło, co daje nam, nasz dzienny "chlep", co jest najwyższą wartością, z naciskiem na "nasze". Nic dziwnego, że tak cenimy, jeżeli nie zazdrościmy, niewielbicielom z pomyślną karmą.
Daj narzekaczowi na ciepłej posadce dostęp do internetu, a już on pokaże Ci, czym powinno być prawdziwe "bhakti". "Miotła, łopata, grabie, miotła, łopata, grabie...", bo to widać, bo tego można dotknąć, a co najważniejsze, z tego można samemu odbierać przyjemność, co w opinii wielu, jest celem ludzkiego życia, choć oczywiście nie powiedzą tego wprost.
|