Damian907 napisał(a):
Purnaprajna napisał(a):
Jeżeli nie posiadamy trwałego "ja", to w jaki sposób wytłumaczysz trwałe poczucie własnej tożsamości?[/color] Nie budzimy się codzienne rano z innym imieniem i nazwiskiem, a nawet gdyby zmieniały się one co sekundę, to i tak poczucie własnej tożsamości nadal by istniało i byłoby niezmienne, gdyż jest ono niematerialne, czyli niezależne od zmieniających się ciągle materialnych desygnatów, takich jak imiona czy formy.
To jest włąśnie iluzja ego, utożsamiamy się ze swoim imieniem, nazwiskiwm czy nawet ciałem choć nimi nie jesteśmy, gdyby "dusza" (jak Wy to nazywacie) była niezmienna to nie musielibyśmy się odradzać ponieważ już bylibyśmy doskonali i ten proces byłby zbędny. A jednak odradzamy się ponieważ jeszcze ciągle mamy jakieś iluzje i wciąż tworzymy cierpienie innym jak i sobie - nasz "dusza" dopiero musi tą doskonałość odnależc.
Niestety, to nie jest odpowiedź na moje pytanie. Wydaje mi się Damianie, że mylisz
fałszywe ego z duszą. Przyczyną utożsamianie się z ciałem, umysłem i materialnymi desygnatami jest przyjęcie za własną, koncepcji
fałszywego ego (
ahankary) mówiącej, że to my, żywa istota jest ostatecznym odbiorcą przyjemności i nadzorującym wszystko "Panem na włościach". Natomiast prawdziwe ego to właśnie czysta duchowa świadomość - dusza (atma), która w pełni uświadamia sobie, że jest cząstką Kryszny i że to jedynie On jest podmiotem radości i kontrolerem rzeczywistości.
Niezmienna dusza jest sat, cit, ananda - wieczna, pełna wiedzy i szczęścia. Jednak tej chwili przykryta jest ona energią iluzoryczną Kryszny (
mayą), z powodu uczucia awersji do Kryszny. Stąd cierpienie i samsara. Czy przykryte chmurami słońce przestaje być nagle słońcem i zmienia się w coś innego? Nie! I dlatego, tylko powodu naszej ignorancji o duszy i Bogu nie ma żadnej potrzeby aby stawać się buddystą i szukać wolności od cierpienia, biegając po omacku w czarnych chmurach. Lepiej poświęcić krótkie ludzkie życie na odpędzenie tych chmur iluzji i dostrzeżenia naszej niezmiennej, wiecznej jaźni, w jej pełnej światłości krasie.
Pragnienie wiecznego szczęścia jest integralną cechą niezmiennej duszy. Pragnienie cieszenia się niezależnie od Kryszny nie czyni duszy zmienną ale jedynie powoduje, że zamiast przebywać w jej naturalnym otoczeniu i być pod ochroną duchowej energii Kryszny, wpada ona pod wpływ Jego materialnej energii, która umożliwia duszy myślenie, że możliwym jest zajęcie pozycji Boga.
Dusza jest niezmienna, ale zmienia się jedynie (energetyczne) środowisko w którym ona przebywa. Ostatecznie, kiedy przez regularną praktykę służby oddania dla Kryszny i rozwinięcie do Niego czystej miłości przestajemy utożsamiać się z fałszywym ego, wtedy ta prawdziwa czysta jaźń powraca do świata duchowego, gdzie nie ma już narodzin i śmierci oraz cierpienia, a więc i potrzeby istnienia buddyzmu. Ten stan najwyższego szczęścia można osiągnąć, będąc jeszcze w materialnym ciele, gdyż dusza jest różna od materialnego ciała i umysłu, a
bhakti, czyli czyste oddanie dla Boga jest wiecznym zajęciem duszy, w tym i w przyszłym świecie.
Fałszywe ego nie jest więc duszą jak utrzymujesz, a jedynie materialną, fałszywą koncepcją, którą przyjmuje zbuntowana przeciwko Krysznie dusza. A
maya tylko pomaga duszy w spełnieniu jej głupich pragnień. Jest to jeszcze jeden dowód na to, że Kryszna jest bardzo wspaniałomyślny i całkowicie pozbawiony zawiści. Nie ingeruje On w wolną wolę żywej istoty. Jednak, niezależnie od tego czy jesteśmy pod wpływem fałszywego ego czy też mamy czystą duchową świadomość,
trwałe poczucie własnej tożsamości jest zawsze obecne, bo jest to symptom niezmiennej duszy.
Celem buddyzmu jest wyeliminowanie materialnego cierpienia, a bhakti-joga czyni to samo, oferując przy tym nieskończenie więcej, poprzez przywrócenie żywej istocie jest pierwotnej świadomości Boga, umożliwiając jej doświadczenie nieograniczonej głębi miłosnej wymiany uczuć (
rasy) pomiędzy Kryszną i Jego duchowymi cząsteczkami, w niematerialnym świecie. Buddyzm nie posiada żadnych informacji na ten temat, natomiast duchowość Wajsznawizmu objawiana w transcendentnym smaku miłości do Kryszny zaczyna się daleko, daleko poza granicami gdzie kończy się buddyzm i gdzie zatrzymał się ostatni samotny buddysta z opróżnionym umysłem. Po co więc wysiadać w Pułtusku na wygwizdowie, jeżeli za tą samą cenę można dotrzeć do Nowego Jorku i wziąć udział w party w Ritzu?
PS. Caturmukha Prabhu już to lepiej ode mnie wyjaśnił, ale jako że wczoraj zacząłem pisanie odpowiedzi, to pomyślałem, że nie zaszkodzi powtórzyć to, co już tak elokwentnie powiedział.
